
Przyznać się muszę do pewnej słabości, która – z racji mojego botanicznego wykształcenia i przyrodniczych zainteresowań – zabrzmieć może niczym jakaś herezja: uwielbiam ten krótki czas pomiędzy końcem zimy i prawdziwym początkiem wiosny. Przyroda zdaje się tkwić wówczas w jakimś zawieszeniu. Wokół dominują jeszcze postzimowe szarobure barwy, a wczesnowiosenna zieleń dopiero bardzo nieśmiało zaczyna nabierać sił i werwy. Chociaż jeszcze czuć powiewy zimna, to już wiadomo, że zima nie ma szans na powrót, o czym najdobitniej świadczą kwitnące wiosenne rośliny – m.in. przebiśniegi, zawilce, pierwiosnki i oczywiście cieszynianka wiosenna. Na drzewach i krzewach nie ma jeszcze liści, a skrywające je pąki dopiero zaczynają nabrzmiewać, za to jak zwariowane zaczynają kwitnąć ałycze. Taki świat trochę jeszcze po zimowemu smutny i zaspany, ale już wiosennie z lekka przebudzony i pobudzony do życia, wydaje mi się bardzo interesujący. Wówczas bowiem widać jak gdyby więcej, a w krajobrazie i w przestrzeni dostrzec można wiele szczegółów, które lada dzień (lub tydzień) skryją się przed naszym wzrokiem pod zielenią liści drzew i krzewów.

O tej porze roku szczególnie wyraźnie widać jak istotną rolę w zadrzewieniach rosnących wzdłuż wijących się rzeczek i potoków, w pagórkowatym krajobrazie Pogórza Cieszyńskiego oraz podnóża Beskidu Śląskiego, odgrywają olsze (olchy) czarne. Łatwo je rozpoznać nawet z oddali po jakże charakterystycznym pokroju – olsze czarne wyróżnia spośród zdecydowanej większości drzew liściastych strzelisty i wyraźnie widoczny aż do wierzchołka pień oraz stosunkowo wąska i stożkowata korona, w której dolne konary wznoszą się do góry, a te górne odstają od pnia czasem prawie że poziomo. Swobodnie i pojedynczo rosnące olsze czarne w stanie bezlistnym swym pokrojem bardziej przypominają drzewa iglaste (świerki czy jodły) niż drzewa liściaste. Natomiast olsza szara – bliska krewniaczka czarnej – wydaje się mieć pokrój bardziej „chaotyczny”, często ma formę wielopniową i przypomina wysoki i gęsty krzew o nieregularnej i bardziej rozwichrzonej koronie.

Lubię olsze czarne nie tylko za strzelistość ich pni i symetryczność koron. To drzewa bardzo mocno wpisane w krajobraz, trzymające się wody – porastające nie tylko brzegi rzek, potoków, rowów melioracyjnych czy stawów, ale również miejsca bagniste oraz wilgotne i okresowo podtapiane lasy. Lubię olsze również za zmianę ich barw w ciągu całego roku i bynajmniej nie mam na myśli tylko i wyłącznie oczywistego kontrastu wiosenno-letniej zieloności z jesienno-zimową „nagością”. W przypadku olszy czarnej uważny obserwator dostrzec może znacznie większą i subtelniejszą paletę kolorów. W stanie bezlistnym szczególnie wyraźnie widać ciemną, prawie że czarną (stąd oczywiście polska nazwa tego gatunku), a przy tym spękaną na drobne tafelki korę pni, mocno różniącą się od popielatoszarej i niemalże gładkiej kory olszy szarej. Kwiatostany męskie, czyli długie, zwisające kotki, zawiązują się już latem poprzedniego roku (a więc wiele miesięcy przed rozwojem kwiatów), mają czerwonobrązową barwę i zimują na drzewie. W marcu kolejnego roku powiększają się i zabarwiają na czerwonobrązowo, a kiedy zaczynają pylić – stają się żółtobrązowe. Kwiaty żeńskie także zawiązują się latem roku poprzedniego i mają postać małych, jajowatych i ciemnopurpurowych lub bordowych szyszeczek. Wiosną znacznie się powiększają i zielenieją, ale kiedy zawiążą się nasiona – stają się jasnobrązowe, a po wysypie nasion czernieją i pozostają jeszcze długo w bezlistnych koronach. Te wszystkie zmiany barw kwiatostanów powodują, że również całe drzewo w okresie kiedy nie ma liści nie pozostaje „bezbarwne”, ale przyjmuje dyskretne, ale widoczne różne odcienie przede wszystkim brązów i purpury.

Człowiek miał do olszy od dawna dwuznaczny stosunek. Z jednej strony było to „złe” drzewo, bo rosnące w miejscach wilgotnych, czasem wręcz w wodzie. W wierzeniach ludowych tam gdzie rosły olsze ani w ich pobliżu nie wolno było stawiać domów i zakładać wsi. Coś w tym przesądzie jest na rzeczy, bo któż by się budował na terenach wilgotnych, o wysokim poziomie wód gruntowych, w miejscach często podtapianych i zalewanych, zimnych i reumatycznych, gdzie dobrze czują się tylko komary. Olsze uważano za drzewa niezbyt szlachetne, przez niektórych traktowane były wręcz jako „chwasty” nie warte większej troski, bo krótkowieczne (jak na drzewa oczywiście), szybko rosnące i łatwo kolonizujące nowe tereny. Ale z drugiej strony ceniono (i ceni się nadal) drewno olszy czarnej, bowiem jest bardzo odporne na gnicie. Wprost idealnie nadaje się do budowy różnorodnych konstrukcji związanych z wodą – niegdyś z tego drewna powstawały cembrowiny studni, umocnienia brzegów strumieni i rzeczek, groble i pomosty, konstrukcje mostów, spusty młyńskie. Ba, drewno olchowe zanurzone w wodzie twardnieje i może przetrwać w nienaruszonym stanie nawet setki lat, więc z olchowych pni zbudowane są fundamenty takich miast wzniesionych w całości lub częściowo tyleż na wodzie, co w wodzie, jak Wenecja czy Amsterdam! Ponoć olchowe drewno po dłuższym czasie twardnieje na wolnym powietrzu do tego stopnia, że trudno wbić w nie gwóźdź – nie maiłem jeszcze okazji przetestować tej opinii, ale kiedy tylko nadarzy się okazja z pewnością spróbuję. Dzisiaj wykorzystuje się olchowe drewno do produkcji części łodzi i jachtów, a ze względu na doskonałe właściwości akustyczne lutnicy wywarzają z niego korpusy gitar akustycznych i elektrycznych, w tym np. gitar słynnej marki Fender. Z kolei w kuchni uważa się olszę za najlepsze drewno do wędzenia ryb i mięs, ponieważ nadaje im złocisty kolor i delikatny aromat, a pali się prawie bez dymu i sadzy.
Ale olsze czarne były także uważane dawniej za drzewa duchów i różnorakich, nie koniecznie życzliwych ludziom istot nadprzyrodzonych. Tym, co budziło szczególny lęk, ale i fascynację, było zjawisko… „krwawienia” ściętych olsz. Tak, olsze „krwawią” – gdy ich pień zostaje przecięty lub uszkodzony, zawarte w soku związki chemiczne (polifenole) wchodzą w kontakt z tlenem atmosferycznym i gwałtownie się utleniają. Pierwotnie raczej jasne, żółtawobiałe z pomarańczowym odcieniem drewno olszy szybko przybiera wtedy jaskrawopomarańczowy, a często wręcz ceglasty lub rdzawy odcień. Wygląda to tyleż intrygująco, co – w pewnych okolicznościach przyrody – przerażająco, o czym sam się ostatnio przekonałem.
Od jakiegoś czasu odwiedzam – bez żadnej nachalności czy wścibstwa z mojej strony – pewną rodzinę bobrów, które z zapałem i nad wyraz umiejętnie z niewielkiego i płytkiego potoczka, sprawnie i szybko uczyniły kompleksik całkiem sporych i głębokich stawików i rozlewisk. Użyły do tego oczywistego i dostępnego budulca, czyli wierzb i olsz właśnie. Kiedy w listopadzie minionego roku po raz kolejny wędrowałem, aby „wpaść” w niezapowiedziane odwiedziny, z daleka dostrzegłem rzucającą się wręcz nachalnie w oczy brunatno czerwonawą, a dla mnie „krwawą” plamę… Z przerażeniem pomyślałem, że oto nastąpiło to, czego się najbardziej obawiałem. Wkurzeni rolnicy postanowili wziąć we własne ręce kwestie bobrzego sąsiedztwa i sprawy wymsknęły się spod kontroli – nie tylko zniszczono tamy, ale również „wyeliminowano” (że tak powiem) ich budowniczych. Na szczęście „krwawiła” wyłącznie olsza, na której bóbr postanowił wypróbować ostrość swych siekaczy ledwo co zdzierając korę. A podczas kolejnych odwiedzin mogłem obserwować i rejestrować postęp „prac”, doskonale widocznych w zimowym krajobrazie za sprawą intensywnych barw olchowego drewna…
Tekst i zdjęcie: Aleksander Dorda

