13.5 C
Ustroń
piątek, 17 kwietnia, 2026

Bliżej natury: O przebiśniegach i cytrynkach

Od kilku dobrych lat pielęgnuję swego rodzaju tradycję – kiedy tylko robi się nieco bardziej wiosennie i odrobinę cieplej, wyruszam na poszukiwanie pierwszych zwiastunów wiosny na Tuł. Tak, wiem – odruchowo chciałoby się uzupełnić poprzednie zdanie i dodać lub poprawić: „na Górę Tuł!” i to właśnie w ten sposób, z dużej litery i z wykrzyknikiem. Cóż, jeszcze przed rokiem 2018 wielokrotnie, z ochotą i zapałem „wspinałem” się na Tuł z głębokim przekonaniem, że oto „zdobywam” najwyższą, chociaż mierzącą raptem 621 m n.p.m. górę Pogórza Cieszyńskiego (jak tradycyjnie zwie się zachodni kraniec Pogórza Śląskiego). Wysiłek oczywiście prawie że żaden, ale ileż przy tym miałem satysfakcji, że oto jestem w miejscu, które może szczycić się mianem „naj”. Tyleż tylko, że we wspomnianym roku 2018 doszło do nowego fizycznogeograficznego podziału Polski, w wyniku którego pojawiło się kilka nowych regionów naszego kraju (z naukowego punktu widzenia są to tak zwane mezoregiony), a szereg innych zmieniło granice. I chociaż Tuł z całą pewnością ani odrobinę nie zmienił swego położenia, to w jednej chwili z dumnej roli bycia „dachem świata” Pogórza Cieszyńskiego, znalazł się w Beskidzie Śląskim i stał się – jak to wyczytałem na jednym z turystyczno-krajoznawczych blogów – „niewysokim szczytem w grzebiecie będącym przedłużeniem Pasma Stożka i Czantorii”. Żadna to oczywiście ujma, ani dla samego Tułu, ani dla Beskidu Śląskiego, ale co poniektórym zapaleńcom zdobywającym według własnych reguł Koronę Polski jakiś drobny żal i poczucie straty zapewne na długo pozostanie.

W sumie jednak mało istotne jest to, do którego regionu Tuł zaliczają geografowie. To niewielkie wzniesienie i tak niezmiennie budzi wiele emocji i zainteresowania zwłaszcza wśród miłośników pięknych widoków, panoram i krajobrazów, a przede wszystkim rodzimej flory. Wciąż moim zdaniem wiele prawdy pozostaje w opinii profesor Anieli Kozłowskiej, która w wydanej w 1936 r. publikacji pt. „Szata roślinna województwa śląskiego” pisała m.in. Rozrzucone zrzadka na zboczach i szczycie stare drzewa i gęste zarośla nadają temu zakątkowi charakter parku. W stosunku do sąsiedniej, ciemnym borem świerkowym pokrytej Czantorji, Tuł jest radosnym, życiem tchnącym ogrodem. To „tchnienie życia” czuć zwłaszcza wczesną wiosną, na przedwiośniu, czasem na długo przed końcem kalendarzowej zimy. Wystarczy tylko trochę słońca i wyższych temperatur tak za dnia, jak i nocą, nieco  dłuższe dni i już pojawiają się przebiśniegi. Poniekąd nie straszna tym delikatnym i na pozór wątłym roślinkom nawet warstwa topniejącego śniegu, bo przecież ich nazwa do czegoś zobowiązuje, nieprawdaż? Właśnie na Tule staram się regularnie, prawie corocznie upewniać się, że chociaż może jeszcze nadejdą mrozy czy śnieżne zawieje i tumany, a świat się od śniegu zabieli, ale będą to ostatnie tej zimy podrygi. Jeśli przebiśniegi zakwitły, to nie ma zmiłuj się – wiosna rządzi światem!

Nie inaczej było końcem pierwszego tygodnia marca – krótki spacer z Lesznej Górnej nieco pod górkę, a później pomalutku, niespieszno, krok za krokiem długim grzbietem Tułu, przez laski, zadrzewienia i pastwiska. I jak zwykle również i w tym roku kwiaty przebiśniegów można było liczyć nie w setkach, ale w tysiącach, może nawet nie kilku, ale i kilkunastu! Widok piękny, miejscami wręcz zaskakujący, bo w ostrych promieniach słońca łany przebiśniegów sprawiały z daleka wrażenie, jakby tu i ówdzie w cieniu bezlistnych drzew zalegały jeszcze płaty śniegu… Kiedy tak wędrowałem sobie w zachwycie po Tule, z radością dostrzegłem, że oprócz niewielkiego grona innych, równie zauroczonych tchnieniem wiosny wędrowców i spacerowiczów głodnych słońca i zieleni, jeszcze ktoś intensywnie krąży pośród kwitnących przebiśniegów. Niby chaotycznie, ale uparcie, z widocznym oddaniem i zapałem – był to kolejny mój ulubiony zwiastun wiosny, ale tym razem faunistyczno-entomologiczny, czyli motyl latolistek cytrynek, zwany również listkowcem cytrynkiem.

Na pozór to jeden z pospolitszych motyli dziennych w naszym kraju, miejscami wciąż całkiem liczny. Spotkać go można w lasach, parkach i ogrodach, na łąkach, polanach, miedzach i przydrożach oraz na tzw. nieużytkach. Łatwy do rozpoznania nawet dla laika, chociaż to stwierdzenie odnosi się tylko do samców – nie ma w naszej entomofaunie tak jaskrawo i jednolicie, cytrynowożółto ubarwionego motyla. Samice natomiast są bladozielone, czasem zdają się być wręcz białe i przypominają powszechnie znane motyle
bielinki kapustniki. Nie jest to podobieństwo przypadkowe, tylko element swoistej strategii przetrwania cytrynków. Gąsienice bielinków z zapałem pałaszuję rośliny z rodziny
kapustowatych (z kapustą na czele), które bronią się przed różnymi roślinożercami obecnością m.in. w liściach toksycznych, niesmacznych i gorzkich glikozydów gorczycznych. Substancje te nie przeszkadzają jednak gąsienicom bielinków, a na dodatek odkładają się w ich ciałach. Czyni to bielinki – zarówno gąsienice, jak i motyle – niesmaczne i gorzkie dla ptaków, które „na wszelki” wypadek nie polują również na łudząco czasem podobne samice latolistków! Cytrynki-samce mają gorzej, pozostaje im jedynie „udawać” przed drapieżnikami… listki. Tak bowiem interpretuje się kształt złożonych skrzydeł cytrynków, z widocznym żyłkowaniem i charakterystycznym dziubkiem, mającym udawać wierzchołek liścia. Zaskakująco skuteczna metoda biernej obrony przed byciem zjedzonym, nieprawdaż?

Ale nie to wyróżnia latolistka cytrynka spośród innych gatunków motyli dziennych, które spotykamy w Polsce. Przede wszystkim to rekordzista w długości motylego życia. Życie motyli – ich dorosłych, uskrzydlonych form – liczyć można w dniach, co najwyżej w tygodniach i to zwykle raptem kilku. Dorosłe cytrynki natomiast dożywają iście matuzalemowego wieku, co w odniesieniu do motyli oznacza 10-11, a nawet 12-13 miesięcy życia! To naprawdę ekstremalna długowieczność jak na motyle, chociaż mniej więcej 2/3 swego życia latolistki przesypiają, tak zimą, jak i latem. Dla takich delikatnych stworzeń, jak motyl prawdziwym i heroicznym wyzwaniem jest przeżycie zimy. Skutecznie  mierzą się z nim niektóre rusałki – przede wszystkim pawik i pokrzywnik, w mniejszym stopniu rusałka admirał, które jesienią szukają schronienia w naszych domach, piwnicach, strychach i szopach.  Latolistki natomiast zagrzebują się zwykle w liściach i zapadają w motyli sen zimowy. Ich metabolizm spowalnia, co pozwala oszczędzać energię i przetrwać do wiosny, a przed zamarznięciem chroni ich wysokie stężenie glicerolu w hemolimfie (to owadzi odpowiednik krwi), zapobiegające powstawaniu zabójczych kryształków lodu, kiedy przymrozi. Cytrynkom nie straszny mróz do nawet -20ºC! A wczesną wiosną jako pierwsze motyle  mogą harcować pośród wiosennych kwiatów do woli, bo w zasadzie nie mają zbyt wielu konkurentów zainteresowanych nektarem, a ptasi owadożerni drapieżcy jeszcze nie przylecieli z zimowisk. Po prostu żyć, nie umierać!

Latolistki, które obserwowałem na Tule bynajmniej nie latały „bezmyślnie” tam i z powrotem nad łanami przebiśniegów. Były to samce, które pilnie strzegły swych terytoriów – to również bardzo nietypowe zachowanie, jak na motyle. Każdy krążył nad wybranym kawałkiem świata, ale co jakiś czas dochodziło między nimi do sporów i sprzeczek, czyli gwałtownych i tanecznych zawirowań. Nic więc dziwnego, że co rusz przysiadały na kwiatach, by odpocząć i pożywić się nektarem. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie uwiecznić za jednym zamachem i w jednym kadrze dwa zwiastuny wiosny – przebiśnieg i cytrynka.

Tekst i zdjęcie: Aleksander Dorda

Zobacz również

Ostatnie artykuły

Przejdź do treści