13.4 C
Ustroń
niedziela, 31 maja, 2026

Prywatna rozmowa ze światem

Filip Czarnecki i jego mama Irena Czarnecka. Fot. M. Niemiec

Czekając na rozpoczęcie wernisażu wystawy Ireny Czarneckiej połączonego z koncertem jej syna Filipa Czarneckiego, weszłam za kulisy i zobaczyłam, że pani Irena nerwowo się przechadza. Zapytałam, jak się czuje w ten wyjątkowy wieczór. Odpowiedziała, że jest stremowana, ale i podekscytowana tym, że może
zaprezentować swoje obrazy, a nigdy wcześniej ich nie pokazywała. W piątek 8 maja pierwszy raz mogliśmy obejrzeć niemal trójwymiarowe prace olejne pełne barw, kwiatów, światła…

– Natura jest moim przewodnikiem duchowym. W chwilach trudnych buduje moje ja – powiedziała pani Irena, która  pochodzi z Mazowsza.

Mieszkała w Warszawie oraz przez ćwierć wieku w Holandii, gdzie sprzedawała swoje rękodzieło i antyki. Bywała w naszym mieście u cioci swojego męża, lekarki Małyszowej. Gdy przyjechała do niej po raz pierwszy w 1981 roku pomyślała: „Boże, jak tu jest cudownie! To jest jak raj! Jak ja bym tu chciała mieszkać!”. Zachwycała się miastem, górami, Polaną i domem, nad którym góruje Czantoria. Gdy razem z mężem Krzysztofem Czarneckim odziedziczyła dom po cioci, nie miała wątpliwości, że stanie się on jej miejscem na ziemi.

– Pasja nie liczy lat, a na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno – tymi słowami rozpoczął wyjątkowy wieczór w „Prażakówce” Filip Czarnecki, zapraszając na koncert i wystawę urodzinową swojej mamy pt. „Siedem dekad koloru – jubileusz 70-lecia”. Pochodzący z Ustronia, obecnie mieszkający w Bydgoszczy wokalista opowiedział o olejnym malarstwie mamy. Dalej wspominał przygotowania do wystawy:

– Na pomysł jej zorganizowania wpadliśmy z mamą już dobrych parę lat temu i zachęcałem ją do malowania. Małymi krokami zbierała siły i motywację. Podczas wizyty w domu na święta Bożego Narodzenia przypomniałem o siedemdziesiątce w maju i powiedziałem, że to byłaby świetna okazja do zorganizowania wystawy. Nie ukrywam, że obawiałem się, iż na gadaniu się skończy. W Nowy Rok o godzinie 8 rano, czyli w środku nocy, zadzwoniła mama i spytała: „To jak? Robimy tę wystawę?”.

Entuzjastyczne reakcje podczas koncertu. W tle obrazy pani Ireny. Fot. M. Niemiec

Filip Czarnecki dodał:
– Mama ma w sobie niezwykłe pokłady dobroci, zawsze wspierała mnie w mojej artystycznej drodze. Wierzyła we mnie jak nikt inny. Tym bardziej cieszę się, że dzisiaj spełnia się jej wielkie marzenie, i wzruszam się, że mogę być tego częścią. Mamo, jestem z ciebie bardzo dumny.

Gdy Irena Czarnecka weszła na scenę, rozległy się gromkie brawa, a potem pełna sala zaśpiewała „Sto lat”. Bohaterka wieczoru przywitała rodzinę, przyjaciół, znajomych, sąsiadów i wszystkich, którzy przybyli na jej jubileusz, bo ich obecność była dla niej najpiękniejszym prezentem urodzinowym. Podziękowała tym, którzy wspierali jej pasję i wieszali jej obrazy w swoich domach. Szczególnie dziękowała mężowi, dzieciom, wnukom, prawnukowi. Nie kryjąc wzruszenia mówiła:

– Gdy patrzę na swoje obrazy, nie widzę tylko płócien i farby, widzę na nich moją drogę życia. Malowanie było ucieczką, moją prywatną rozmową ze światem. Nie sądziłam, że ta rozmowa stanie się kiedyś publiczna. Chciałabym, aby ta wystawa była dowodem na to, że po latach pracy zawodowej, wychowaniu dzieci, życie może zyskać nową fascynującą dynamikę. „Siedem dekad koloru” to nie tylko podsumowanie pewnego etapu, ale przede
wszystkim manifest radości tworzenia, przypomnienie, że marzenia nie mają daty ważności. Mam nadzieję, że energia, którą starałam się przelać na te płótna, zostanie z Państwem na dłużej. Że poczujecie tę radość, którą ja czułam, stojąc przed sztalugami i trzymając pędzel w dłoni.

Zwróciła się do syna Filipa i podziękowała za zorganizowanie tego „całego zamieszania”:
– Dziękuję ci, że we mnie nie zwątpiłeś, nawet kiedy ja miałam wątpliwości. Twoja wiara była moją siłą.

Po przemówieniach, życzeniach, wzruszeniach odbył się koncert, na który składały się przeboje Zbigniewa Wodeckiego i Andrzeja Zauchy. Nie ma się co dziwić wyborowi repertuaru, bo Filip Czarnecki jest laureatem krajowych konkursów poświęconych gwiazdorom. Na scenie Filipowi towarzyszył znakomity pianista Kacper Kasprzak, który akompaniował wielu polskim gwiazdom. Piosenki przeplatały się z anegdotami o sławnych wokalistach i wspomnieniami Filipa z Ustronia. Szczególne miejsce w jego pamięci zajmuje
Janusz Śliwka, pierwszy nauczyciel głosu, ale i nauczyciel wrażliwości muzycznej, estetyki i smaku. O Januszu Śliwce Filip powiedział: „Mówi się, że dobry nauczyciel wyjaśnia, a świetny inspiruje.”

Po koncercie był czas na podziwianie obrazów, wyeksponowanych w sali widowiskowej. Można je było obejrzeć tylko w ten jeden wieczór, więc korzystano również z możliwości kupienia oraz porozmawiania o nich z autorką. Urodziny Ireny Czarneckiej były okazją do spotkań po latach, rozmów o sztuce i życiu przy winie i przekąskach przygotowanych przez
jubilatkę.

Obecny na widowni Janusz Śliwka był wzruszony. Powiedział, że jest dumny ze wszystkich swoich wychowanków. Potwierdził jednak, że z Filipem Czarneckim wyjątkowo dobrze się rozumieli i cieszy go, że wspólna praca i wyjazdy na koncerty zaowocowały tym, że Filip spełnia się jako wokalista, ale też jako pedagog.

Monika Niemiec

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz również

Ostatnie artykuły

Przejdź do treści