
W poprzednim – trzecim odcinku poznaliśmy rodziny Lupinków i Holeksów – powojennych mieszkańców północnej części parteru budynku obecnego Muzeum. Dziś dowiemy się natomiast, jak wyglądała sytuacja mieszkaniowa w części południowej, mieszczącej pierwotnie biura urzędu hutniczego, górniczego, leśnego, Inspekcji Kuracyjnej, a nawet gabinet lekarza obwodowego. Dawne kancelarie przerobiono na mieszkania w 1907 r., tuż po zamknięciu Odlewni „Elżbiety”, działającej przy ustrońskiej hucie, dzięki czemu nasz gmach nadal tętnił życiem. W 1948 r. południową część parteru opuścili Bukowczanowie, a przydział na ich lokal przypadł Janowi Peroutce – inżynierowi w ustrońskiej Kuźni, który wprowadził się tutaj z żoną Heleną, synami Janem i Czesławem oraz najmłodszą córeczką Ireną. Mieszkanie Peroutków było całkiem spore. Rozpoczynało się w małym hallu, w którym eksponujemy obecnie lokalne rękodzieło. Na prawo od wejścia stał żeliwny piecyk, naprzeciw stół z dwoma ratanowymi fotelami, pośrodku rozpościerał się chodnik. Jak wspominała Irena Peroutka (po mężu Psikus), która w 2014 r. odwiedziła nasze Muzeum: „W tym małym przytulnym wnętrzu nie było okien i zawsze panowało tu rozkoszne ciepło. Było to serce domu, w którym bawiły się dzieci”. Ciepła była również kuchnia, zlokalizowana w dzisiejszym muzealnym biurze. Po lewej stronie stała leżanka, pośrodku duży stół i krzesła, po prawej miał swoje miejsce kaflowy piec. Dalsza część sieni prowadziła do toalety, przed którą znajdowało się wyjście do ogrodu, ciągnącego się po wschodniej stronie budynku. Długi korytarz kończył się w przestrzeni dzisiejszej pracowni etnografów, podzielonej pierwotnie na dwie części. W mniejszej – wschodniej znajdowały się spiżarnia i łazienka, a w większej – pokój synów państwa Peroutków. Tak po latach opisywała łazienkę Irena Psikus: „Stała tam duża emaliowana wanna na stylowych nóżkach, balie i tary, których mama używała do prania, a także stół i piec do ogrzewania wody, który zawsze w sobotę ojciec podpalał i była kąpielka”. Peroutkowie dysponowali ponadto dwiema dużymi izbami, na które podzielona była obecna sala wystaw czasowych, znajdująca się z południowej strony Muzeum. Warto podkreślić, iż strona ta nie posiadała, tak jak dziś, dostępu z głównego hallu, a do pomieszczeń prowadziły wejścia z pokoju synów Peroutków lub z małego hallu. W pierwszym z nich mieściła się jadalnia z czarnymi stylowymi meblami, dużym stołem, krzesłami obijanymi skórą oraz kanapą, zaś w przestronnej wnęce okiennej znajdował się fotel, na którym mała Irena Peroutkówna bawiła się zabawkami, oddzielona od świata zewnętrznego staromodną ozdobną firaną. Z jadalni przechodziło się do sypialni państwa Peroutków, mieszczącej duże majestatyczne szafy oraz małżeńskie łoże. Jak wspominała pani Irena: „W tym wiekowym, na pozór ponurym gmachu nie odczuwało się zimna. Każdy pokój ogrzewany był kaflowymi piecami węglowymi. Pamiętam, że w pokoju chłopców rodzice podczas srogich zim palili w piecach na trociny (…). W zasadzie życie naszej rodziny toczyło się w pokoju dziecięcym oraz w małym hallu, gdzie żeliwny piecyk opalano węglem. W kaflowych piecach na co dzień się nie paliło, jadalnia i sypialnia pozostawały szykowne i chłodne” – kontynuowała opowieść pani Irena. Dodała również z nostalgią, iż pod każdym oknem budynku rozpościerał się ogromny kłąb kwitnących na biało floksów. W małym hallu znajdował się ponadto kolejny zabytek z czasów hutniczych – szerokie drzwi, za którymi kryły się schody prowadzące do piwnicy. To stamtąd można było wejść do podziemnych korytarzy, z których jeden prowadził na południe – do Hotelu „Kuracyjnego”, drugi zaś na wschód, wychodząc na skraju dzisiejszego boiska. Drzwi do piwnicy zamurowano ponad pół wieku temu. Pozostała po nich szeroka wnęka, widoczna tylko od podziemia oraz kilka schodów wiodących donikąd. Piwnica pod południowym skrzydłem budynku obecnego Muzeum była oddzielona murem od piwnicy północnej, znajdującej się pod dawnym mieszkaniem hutmistrza. Podział ten został zachowany do końca użytkowania gmachu przez lokatorów, dlatego też Peroutkowie, zajmujący część południową, nie mieli dostępu do piwnicy północnej, przydzielonej w powojennym okresie rodzinie Lupinków.


Gdy na początku lat 50. zapadła decyzja o podziale mieszkań na mniejsze, Peroutkowie przeprowadzili się do pohutniczego budynku patronackiego, mieszczącego dziś Cukiernię Delicje, a wkrótce wyjechali do Lublina. Inż. Peroutka wyprzedzał swoją epokę, konstruując pierwowzór pralki o napędzie elektrycznym, którą wszyscy traktowali nieufnie, obawiając się, iż zniszczy ubrania. Jednak po jakimś czasie, gdy pojawiły się w sprzedaży pralki „Frania”, w muzealnej pralni (czyli obecnej kuźni) stało ich rzędem aż sześć. Po wyprowadzce Peroutków ich mieszkanie podzielono pomiędzy rodziny Bujoków i Pinkasów. Bujokowie użytkowali dawną sypialnię, pokój synów Peroutków w którym urządzono kuchnię, a także ich dawną łazienkę i spiżarnię. Pinkasom przypadła jadalnia Peroutków, ich kuchnia oraz mały hall, w którym, ze względu na przelotowy charakter tego pomieszczenia, bawiły się wspólnie liczne dzieci z obu rodzin. Południową część piwnicy oraz toaletę obie familie użytkowały wspólnie. Po wyprowadzce Ferfeckich do ich mieszkania na piętrze, uważanego za bardziej komfortowe, przenieśli się Pinkasowie, a ich lokum na parterze przypadło rodzinie Siąkałów.

Atrakcje muzealnym dzieciom zapewniało ciekawe sąsiedztwo, gdyż w latach 1951-57 w sąsiadującym z Muzeum dawnym Hotelu „Kuracyjnym” stacjonował 41 Batalion Wojsk Ochrony Pogranicza. Jak podawał Stanisław Ferfecki, w zabytkowym budynku Kurhotelu zatrzymywano na 24 godziny przemytników, przewożonych następnie do Gliwic. Przy końcu dawnego hotelowego płotu stała budka, w której żołnierze dzień i noc pełnili wartę, a cały teren użytkowany przez batalion był ściśle ogrodzony. Na terenach należących później do firmy AZBud oraz w budynku dawnych łazienek do kąpieli żużlowych trzymano wojskowe konie, zaś w miejscu obecnego amfiteatru znajdowała się strzelnica przystosowana do broni krótkiej oraz tor przeszkód dla wojska. Niekiedy żołnierze przewozili małych sąsiadów na koniach lub wpuszczali na projekcje filmów, gdy do oddziału zawitało kino objazdowe. Jak wspominała Maria Budniok (z domu Holeksa), gdy żołnierze mieli dobry humor, pozwalali dzieciom wejść na poligon, gdzie rosły najsmaczniejsze poziomki, a wojskowy kucharz częstował je sucharami. Irena Psikus przytoczyła opowieść o sarence imieniem Kubuś, przyniesionej przez żołnierzy z lasu i wychowywanej w ogrodach dawnego Kurhotelu. Zawołana po imieniu podbiegała do płotu dzielącego oba budynki, a muzealne dzieci karmiły ją chlebem. Wspomnieniami na temat WOP-u podzieliła się również Maria Krysta wówczas Kurowska), mieszkająca w służbówce na piętrze: „Do pracy chodziło się na godz. 7, więc gdy otwierałyśmy okno po 6, miałyśmy widok na żołnierzy, ćwiczących w ogrodach dawnego hotelu, którzy śmiali się do nas, a my wówczas, skrępowane, pospiesznie je zamykałyśmy”. Dzieci mieszkające w Muzeum miały też inne rozrywki. Jak opisywał Stanisław Ferfecki: „(…) pod dawną szmelcownią, na której miejscu zbudowano Technikum Mechaniczne, przebiegał kanał i chętnie przepływaliśmy go na wasztroku (balii do prania), choć wymagało to nieco trudu. W kanale panowały egipskie ciemności i można było podczas brawurowej wyprawy spotkać szczury wodne, których się zawsze baliśmy. Mimo strachu pokonywaliśmy tę trasę niejednokrotnie (…)”.

Jak już wspominałam w poprzednich odcinkach, muzealni lokatorzy wyprowadzili się ostatecznie w 1969 r. Ferfeccy i Lupinkowie zbudowali własne domy, a pozostałym rodzinom przyznano mieszkania na osiedlu 22 Lipca (dziś Cieszyńskim). Muzealna przestrzeń miała charakter wspólnoty, wolnej od międzysąsiedzkich waśni oraz pełnej wzajemnej pomocy. Na tym zabytkowym terenie znalazło się również miejsce dla państwa Badurów, mieszkających w lokalu wydzielonym w budynku technikum, utworzonego w 1950 r. w zabudowaniach dawnej huty. Pan Badura pełnił funkcję woźnego szkolnego, zaś jego małżonka w prowizorycznej szopce przy obecnej muzealnej kuźni hodowała kozę, natomiast pod budynkiem dzisiejszego archiwum, tam gdzie ciągnie się szereg pras kuźniczych, uprawiała rozsady. Nikogo to nie dziwiło i wszystko przebiegało w atmosferze wzajemnej życzliwości. A w następnym, ostatnim już odcinku tego cyklu, opowiem o tym, co działo się w tym historycznym gmachu po opuszczeniu go przez lokatorów.
Alicja Michałek, Muzeum Ustrońskie

