15.1 C
Ustroń
czwartek, 17 września, 2026

Bliżej natury: O pójdźce – za którą warto się rozglądać, ale lepiej nie podążać

Wedle ludowych wierzeń i przesądów, wiele znaków, zdarzeń i wydarzeń poprzedzało (a może wciąż poprzedza?) nadejście śmierci. Czegóż w tym zestawie zwiastunów zbliżającego się nieuchronnie kresu żywota nie znajdziemy!

Pies wyjący z pyskiem w dół miał głosić, iż wywęszył nadchodzącą śmierć. Ptaki – w zasadzie dowolnego gatunku: jaskółki, gołębie, sikorki czy wróble – uderzające o okna, stukające dziobami w okienną szybę bądź wręcz wlatujące do domu, miały być posłańcami dusz przodków, którzy żyjących ostrzegali o bliskim zgonie.

Nagłe i nie dające się racjonalnie wyjaśnić zatrzymanie zegara, zgaśnięcie bez żadnego powodu gromnicy podczas mszy, ślubu czy chrztu, sen o wypadających zębach (zwłaszcza z krwią), nie wspominając już o nagłym i zdawać by się mogło niczym nie spowodowanym pęknięciu czy spadnięciu zwierciadła – to wszystko miały być oczywiste znaki, że oto śmierć nieubłaganie upomni się o kogoś z domowników czy rodziny.

Pośród różnorakich, złowróżbnych i złowieszczych zwierzęcych „posłańców śmierci”, szczególna rola przypadła sowom, a w polskiej kulturze i ludowej „demonologii” – zwłaszcza pójdźce. Krzyk i nawoływania sowy, czyli jej pohukiwania bądź kwilenie były (i są nadal!) uważane za zły znak, zwiastun nieszczęścia oraz niechybnej śmierci. Wspomnianym pójdźkom dostało się bodaj najbardziej, a to z racji ich częstego i różnorodnego odzywania się i chętnego pomieszkiwania w pobliżu ludzkich siedzib, wręcz w naszych domach. W razie niebezpieczeństwa pójdźki reagują głośnym, piskliwymi nawoływaniami, które zwykle
zapisuje się jako „kuju”, „kwit” lub „kja”. Ale w okresie lęgowym, mniej więcej od marca, samce tego gatunku sów obwieszczają swoje terytorium przeciągłym „ghuukk” lub „gujg”, co dosyć powszechnie jest odbierane przez nasze uszy i wyobraźnię jako całkiem wyraźne
„póóójdź”. Do tegoż sowiego okrzyku w sposób oczywisty nawiązuje polska nazwa tego sympatycznego ptaka. A skoro mamy pójdźkowe „póóójdź”, to niewiele wyobraźni widać było potrzeba, aby już całkiem po ludzku dorobić sobie znaczenie tego zawołania jako „Pójdź, pójdź w dołek za kościołek”, co te małe rozmiarami sowy uczyniło jednoznacznymi zwiastunami śmierć. Te skojarzenia – nawołująca sowa i czyjaś śmierć – stoją również za popularnym powiedzeniem: „Sowa na dachu kwili, komuś umrzeć po chwili”.

Na Śląsku Cieszyńskim za zapowiedź nadchodzącej śmierci uznawano rozchodzące się nocą „puijit-puihit-puijit” albo „kiwit–kiwit-kiwit”, którymi nawołuje kuwik – pod tą nazwą kryje się zarówno puszczyk, jak i pójdźka, zapewne niegdyś nie do końca rozróżniano oba gatunki. W jednej z prac językoznawczych poświęconych onomatopejom w gwarach śląskich znalazłem przykłady przekonań związanych z kuwikiem i jego kuwikaniem: „Jak kuwik przilecioł ku chałupie, siod na kalenicy a zakuwikoł, to pokłodało na nieszczyńści”, „Jak pójdźka kuwikała przi chałupie, to kogosi z tej chałupy wywołała”.

Warto dodać, że według językoznawców czasownik „osowieć”, który dziś używamy w nieco niewinnym, a z pewnością nie świadczącym o śmierci znaczeniu jako „stać się smutnym, markotnym, przygnębionym, apatycznym”, bynajmniej nie odnosi się do postrzegania sów jako symbolu smutku czy mądrości, ale właśnie do sowy będącej zapowiedzią śmierci.

Pójdźka nie powinna jednak kojarzyć się tylko jako zły omen, którego nawoływania wywołują jeśli nie strach czy niepokój o życie własne i bliskich, to z pewnością co najmniej dreszczyk emocji. Łacińska nazwa pójdźki – Athene noctua – nawiązuje zarówno do greckiej bogini Ateny, jak i do nocnego trybu życia ptaka (słowo noctua pochodzi od greckiego nox, czyli noc). W mitologii greckiej Atena była boginią sprawiedliwej wojny, ale również opiekunką miast, patronką sztuki i rzemiosła oraz uosobieniem mądrości. Atenę przedstawiano z charakterystycznymi atrybutami – włócznią, tarczą, hełmem i łukiem oraz w towarzystwie przypisywanych jej roślin i zwierząt, czyli oliwką i sową, w której tradycyjnie upatruje się właśnie pójdźkę. Sowa była nie tylko towarzyszką Ateny, ale uważną obserwatorką nocnego (i nie tylko) życia i świata, przynoszącą bogini informacje o tym, co pozostawało niewidoczne dla innych.

Od wielu lat rozglądam się za pójdźkami, nocami nasłuchując ich charakterystycznych głosów, ignorując jednocześnie wszystkie ludowe przekonania i śmiertelno-żałobne konotacje z tym ptakiem związane. Wydawać by się mogło, że Śląsk Cieszyński oferuje idealne warunki dla tejże sowy, jest wręcz tyleż stworzona, co stosownie dla pójdźki przekształcona i zagospodarowana przez człowieka. Mnóstwo przecież na Pogórzu Cieszyńskim terenów otwartych, rolnych z pojedynczymi drzewami lub zadrzewieniami, starych sadów, obsadzanych wierzbami pastwisk i łąk, kompleksów stawów, większych i całkiem małych, prześwietlonych zagajników i lasków, czyli ulubionych siedlisk i terenów łowieckich pójdźki. Pierwotnie sowy te gnieździły się przede wszystkim w dziuplach w wierzbach i starych drzewach owocowych. Kiedy tych zaczęło w krajobrazie brakować, z niejakim sukcesem „przeniosły się” do różnych zakamarków i nisz w murach i budynkach. Pójdźka na miejsce lęgowe równie chętnie wybiera więc szczeliny w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. To ptak nie dość że monogamiczny, to i osiadły – kiedy para dorosłych ptaków zajmie jakieś terytorium to już w zasadzie na całe życie, opuszczając tylko w wyjątkowych sytuacjach i okolicznościach. Teoretycznie pójdźka powinna dać się
bardzo łatwo zaobserwować, jeśli tylko na jakimś terenie występuje. W odróżnieniu od wielu innych gatunków sów, najbardziej aktywna jest tyleż w nocy, co o zmierzchu i o świcie, ale widuje się ją również za dnia, kiedy przesiaduje na czatowniach – słupach energetycznych, ogrodzeniach, dachach czy kominach itp., wypatrując swej zdobyczy. Niestety, jak dotąd pójdźki nie udało mi się „u nas” zaobserwować.

Nic w tym dziwnego, bowiem patrząc na mapy rozmieszczenia pójdźki w naszym kraju, dostępne w internetowej bazie danych ornitho.pl, to kiepskawo z tym gatunkiem w Polsce – niewiele jest miejsc, w których sowa ta z pewnością gniazduje i wyprowadza lęgi. Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków opracowując „Czerwoną listę ptaków Polski” (w roku 2020; liczba dorosłych pójdziek szacowana wówczas na ok. 1 400) wskazało, że dane
na temat tego gatunku są niekompletne i nie sposób wiarygodnie określić stopnia zagrożenia tego gatunku w Polsce. Od bodaj lat 70. ubiegłego wieku obserwuje się spadek liczebności pójdźki – przede wszystkim maleje ilości miejsc odpowiednich do założenia gniazda (starych, dziuplastych wierzb i drzew owocowych), gęstnieje zabudowa (i tak mocno rozproszona), rośnie sieć dróg (ryzyko kolizji z pojazdami), a swoje dokłada współczesne, przemysłowe rolnictwo – nadużywanie tzw. środków ochrony roślin i nawozów sztucznych zabija dżdżownice i owady, które są głównym składnikiem diety pójdziek w okresie lęgowym. Wrogami sów pomieszkujących w ludzkich zabudowaniach są ponadto kuny i koty, które zabijają pisklęta, młode i samice w gniazdach.

Dopiero w tym roku, kiedy wędrowałem po albańskich wioskach i szlakach, ku swej radości zobaczyłem pójdźkę. Siedząc na kominie (trzymającym się „na drucie” i na słowo honoru) zaprezentowała się w całej swej okazałości – mała (wielkości gołębia) i krępa, z dużą i szeroką głową, z cytrynowo-żółtymi tęczówkami oczu i ukośnymi białymi brwiami, co sprawia, że pójdźka ma srogo-groźny wyraz „twarzy”. A kiedy się obróciła, pokazała równie charakterystyczną „fałszywą twarz”, czyli wyraźny biały znak w kształcie litery V z tyłu głowy. Ta druga „twarz” sprawia wrażenie, że pójdźka patrzy w dwóch kierunkach naraz, co prawdopodobnie ma zniechęcać drapieżniki. Mnie wręcz zachęciła do fotografowania i dalszych poszukiwań tej małej sowy.

Tekst i zdjęcie: Aleksander Dorda

Zobacz również

Ostatnie artykuły

Przejdź do treści