
Kiedy w 2005 roku umawiałam się na wywiad ze śp. Janem Bobkiewiczem, zdawałam sobie sprawę, że spotkam się z pewną legendą. Słyszałam historie wielu kierowców, którzy uczyli się pod jego kierunkiem. Opowiadali anegdoty, cytowali żarty i wspominali swojego instruktora z wielką sympatią, a przede wszystkim powtarzali, że dobrze nauczył ich jeździć. I nie chodziło o to, że szybko zdali egzamin, ale że zostali rozsądnymi, kulturalnymi kierowcami. W pamięci kursantów pozostanie jego życzliwość, specyficzne poczucie humoru i słynne „Bąbelku”, którym Pan Jan zwracał się do wielu kursantek i kursantów. Uczył, jak jeździć prawidłowo, bezpiecznie i… z przyjemnością.
Kochał jeżdżenie samochodem, ale jednocześnie wykazywał wyjątkową troskę o pieszych i tego uczył swoich kursantów. Można powiedzieć, że sposobem traktowania pieszego wyprzedzał epokę. W wywiadzie, który ukazał się w lutym 2005 roku powiedział: „Może dojdziemy do tego, że zmienią się przepisy (…). Obecnie w Polsce pieszy ma dopiero wtedy pierwszeństwo, gdy postawi jedną nogę na przejściu. A i wtedy mamy rosyjską ruletkę.” Dalej mówił: „Złość mnie ogarnia, gdy widzę, że pieszy już prawie wchodzi na przejście, a tu mu samochód śmiga przed nosem. Albo: stoi człowiek na brzegu chodnika i nie wie, wejść na tę ulicę czy nie, przejedzie mnie, czy nie przejedzie? A jak się zdarzy kulturalny kierowca, to uniżenie mu dziękują, że ich przepuścił. Tak nie powinno być.”. Nowe przepisy
dotyczące pieszych wprowadzono w 2021 roku, czyli 16 lat po wywiadzie.
Jan Bobkiewicz bardzo szanował swój fach i pragnął, by jedna z córek przejęła po nim schedę. Padło na Kazimierę, która miała prawdziwy dryg do kierownicy i gdy tylko urosła na tyle, by sięgać do pedałów, zaczęła kierować różnymi pojazdami w tym traktorami i ciągnikami rolniczymi podczas wakacyjnych wyjazdów na wieś. Taka była rodzinna tradycja, wyjazdy na Mazury albo pod Nowy Sącz z namiotami, kuchenką gazową, koherkiem i zapasami. Wtedy nie nazywało się to agroturystyką, ale oznaczało właśnie życie blisko przyrody, pomaganie rolnikom w żniwach i różnych pracach gospodarskich. Sielskie życie było dla Jana odpoczynkiem od motoryzacji. Wtedy oddawał się wędkowaniu i z przyjemnością chodził na grzyby. Tamte wakacje pachniały smażonymi kaniami…
Ze swoją żoną Marią Jan Bobkiewicz przeżył 61 lat, pobrali się w 1964 roku. 62 rocznicę ślubu obchodziliby przed wigilią. Państwo Bobkiewiczowie ślub brali w kościele św. Franciszka w Wapienicy, skąd pochodzi Maria. Jako nastolatka pomagała budować ten kościół. W dniu ślubu panowały takie trudne warunki na drodze, że kierowca nie mógł wyjechać pod Świętoszówkę.
Maria i Jan Bobkiewiczowie wychowali trzy córki – Małgorzatę, Annę i Kazimierę. Doczekali się siedmiorga wnucząt. Od Małgorzaty jest Katarzyna, Anna i Michał, od Anny – Wojciech i Izabela, od Kazimiery – Wiktoria i Liliana. Z czasem na świat przyszło czworo prawnucząt – Wojciech, Antoni, Lena i Julia. Jan Bobkiewicz uwielbiał swoje wnuki i rozdał im samochody, które jako instruktor musiał co jakiś czas wymieniać. Był dobrym dziadziusiem i pradziadziusiem, przytulał, rozpieszczał, rozśmieszał i oczywiście nazywał Bąbelkami.
Ojciec Pana Jana Tadeusz Bobkiewicz był zasłużonym dla Ustronia pedagogiem, długoletnim dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 1. Urodził się w 1901 roku w Rogalinie w powiecie śremskim, województwo wielkopolskie. W 1931 roku zawarł związek małżeński z nauczycielką Anną Niewiedziałówną. Z małżeństwa tego na świat przyszło troje dzieci: córki Kazimiera i Helena oraz najmłodszy Jan, urodzony w 1940 roku. Rodzice Jana Bobkiewicza przyjechali do Ustronia w 1936 roku, ojciec objął posadę nauczyciela, a później dyrektora szkoły w Lipowcu. Po wybuchu II wojny światowej Niemcy wyrzucili ich z domu i mieli się przenieść pod Zakopane. Ciężarna Anna Bobkiewicz tułała się sama z dwoma córkami, bo w międzyczasie Tadeusz został aresztowany i wysłany na roboty przymusowe do huty trzynieckiej, gdzie pracował jako ślusarz. Jan urodził się w Woźnikach koło Wadowic, a gdy miał zaledwie tydzień, mama schowała go do kosza i z tak ukrytym noworodkiem oraz dwiema córkami kontynuowała wędrówkę. Tadeusz wykorzystując okazję zbiegł z robót i przez pewien czas ukrywał się na zboczach Lipowskiego Gronia. Następnie został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. W Ustroniu rodzice Jana spotkali się ponownie po wojnie, a ojciec 1 maja 1945 r. objął posadę kierownika Szkoły Podstawowej nr 1, która wtedy miała siedzibę przy rynku w budynku obecnej biblioteki. Wiele czasu i energii poświęcił Tadeusz Bobkiewicz sprawie budowy nowej szkoły i doprowadził w 1963 roku do otwarcia gmachu przy ul. Partyzantów.
Jan Bobkiewicz odziedziczył talenty pedagogiczne po rodzicach nauczycielach. Pracował w Technikum Mechanicznym w Ustroniu, w Warsztatach Mechanicznych w Skoczowie, ale też
szkolił pracowników w Kuźni Ustroń. Gdy w 1984 roku zaczął działać Ośrodek Kształcenia Zawodowego przy ul. Stawowej (dzisiejszy ZDZ), Jan Bobkiewicz rozpoczął w nim pracę jako instruktor prawa jazdy, kierując tym działem edukacji. Gdy przeszedł na emeryturę został pierwszym prywatnym instruktorem w Ustroniu.
Miał psychologiczne podejście do ludzi. We wspomnianym wywiadzie powiedział: „Najbardziej lubię kursantów, którzy nic nie umieją. Surowy kursant jest idealnym kandydatem na dobrego kierowcę. Jeśli chodzi o wiek, to rzeczywiście młodzi, tak jak w każdej dziedzinie, szybciej chłoną wiedzę, starszemu trudniej to przychodzi. Ja to tłumaczę głównie względami psychologicznymi. Ten młody się nie przejmuje. Musi zrobić prawo jazdy i po prostu jeździ. Starszy przychodzi z całym bagażem doświadczeń, stresów, kłopotami rodzinnymi, zdrowotnymi.” Jan Bobkiewicz jako instruktor umiał na czas nauki zdjąć ten bagaż z pleców ucznia. Pomagał skupić się na jeździe, ale też rozmawiał z kursantami, co pomagało im się odstresować.
Ilu miał kursantów? Chyba nie da się policzyć. Jednym z nich był Adam Małysz, który przysyłał swojemu instruktorowi widokówki ze skoczni, gdy odnosił wielkie sukcesy. Po zakończeniu kariery skoczka narciarskiego, miał w swojej karierze sportowej epizod rajdowy, co świadczy o solidnych podstawach umiejętności kierowania samochodami.
Jan Bobkiewicz spędził za kółkiem prawie 70 lat, przez prawie 40 uczył jeździć Ustroniaków i nie tylko – kobiety i mężczyzn, młodych ludzi i osoby w sile wieku. Pan Jan lubił jeździć, lubił przestrzeń samochodu i nawet w nim odpoczywał po trudach dniach, siedząc za kółkiem i słuchając radia. To był jego azyl, jego miejsce…
Msza św. żałobna odbyła się w kościele św. Klemensa, odprawił ją ks. Szymon Pawlus. Wierni odprowadzili na wieczny spoczynek śp. Jana Bobkiewicza na cmentarz katolicki.
Monika Niemiec
Wywiad z Janem Bobkiewiczem pt. „Surowy kursant” można znaleźć w numerze 7 z 2007 roku w naszym archiwum na stronie internetowej www.archiwum.ustron.pl

