18.9 C
Ustroń
środa, 16 września, 2026

Bliżej natury: O popilii japońskiej albo o pożytkach i zagrożeniach płynących z podróży

Nie uważam się za szczególnie zaangażowanego, wytrwałego i wytrawnego podróżnika. Moje podróżowanie ogranicza się w istocie do wakacyjno-urlopowych wyjazdów tu i ówdzie, bliżej lub dalej, na dłużej lub krócej, a główną ich przyczyną i powodem jest wypoczynek i nieodparta chęć oderwania się od codzienności. Śmiem przy tym sądzić, że pod tym względem nie różnię się zbytnio od zdecydowanej większości Szanownych Czytelników.

Z każdej podróżniczej wyprawy – czy to na kilka tygodni, czy też raptem na kilka godzin – staram się „wyciągnąć” ile się da, głęboko wierząc w prostą prawdę wyrażoną w powiedzeniu: „Podróże kształcą!”. Tak, zdecydowanie się zgadzam i jestem przekonany, że każda wędrówka czy podróż – wyjazd w egzotyczne kraje, wejście na szczyt najwyższej w okolicy górki bądź „wyprawa” do sąsiedniego lasu jest okazją do zdobycia nowych doświadczeń i zmierzenia się z nowymi wyzwaniami. Wystarczy tylko otwarty i ciekawy świata umysł. Do edukacyjnej, że tak powiem roli podróży nawiązuje również i takie przysłowie: „Nie ten dużo umie, kto długo żyje, ale ten, kto wiele podróżuje”. Pełna zgoda – wiedza poparta własnym doświadczeniem i przeżyciami, zdobyta wszystkimi zmysłami (również smakiem, węchem i dotykiem), jest więcej warta niż mądrości nabyte podczas lektury najmądrzejszych nawet książek, oglądania podróżniczych programów lub filmów czy też podróżowania „po internecie”.

Z podróży przywozimy oczywiście nie tylko doświadczenia, ale przede wszystkim wspomnienia (coraz częściej „zamknięte” w setkach i tysiącach cyfrowych zdjęć, które dziś robi się szybko i łatwo jak nigdy dotąd) oraz różnego rodzaju pamiątki, również te materialne. Najczęściej są to przedmioty jakże mało praktyczne. Zazwyczaj tyleż wytworzone, co wręcz wyprodukowane masowo w zakładach często odległych od miejsca zakupu. O urodzie wątpliwej i szybko przemijającej wraz z upływem czasu, zwykle zaraz po powrocie do domu. Czasem porywamy się na pamiątki oryginalne i powiedzmy, że naturalnego pochodzenia – zasuszony kwiatek lub liść, odłamek zwiedzanych ruin zamku, garść piasku lub muszelek z plaży, często nieświadomie (ale czasem i świadomie!) łamiąc przy tym obowiązujące w danym kraju czy regionie prawo zakazujące wywozu takich artefaktów. Ale co tam, liczą się przecież nasze emocje i wspomnienia, nieprawdaż?

Tanie linie lotnicze, aplikacje pozwalające planować trasy, rezerwować noclegi, wejściówki i bilety, rozliczne i łatwo dostępne w mediach społecznościowych poradniki, blogi i influencerzy doradzający gdzie jechać, co zjeść, a co zobaczyć i przywieźć na pamiątkę… Chyba nigdy dotąd podróżowanie nie było tak łatwe i dostępne dla tak wielu osób jak dziś (oczywiście piszę to z pozycji osoby pracującej i zarabiającej, mieszkańca kraju jakby nie  liczyć zamożnego). Powszechnemu wręcz pędowi ku podróżowaniu i zwiedzaniu świata zdają się zbytnio nie przeszkadzać toczące się wojny i zbrojne konflikty. W bezproblemowym podróżowaniu pomocna okazuje się równie powszechna swego rodzaju amnezja i umiejętność odwracania w odpowiednim momencie wzroku od dramatów i tragedii oraz zapominania, że łatwość i masowość włóczenia się po prawie całym świecie jest dostępna tylko wybrańcom, jest przywilejem tylko części ludzkiej populacji. Ale to już zupełnie inna historia…

Dostępność, łatwość i masowość podróżowania ma również swoje przyrodnicze i środowiskowe koszty i skutki. Nie mam w tym przypadku na myśli tzw. śladu węglowego podróży i związanych z nimi emisji zanieczyszczeń, zużycia wody czy ton powstających odpadów, chociaż i o nich powinien pamiętać każdy wrażliwy i odpowiedzialny podróżnik. Rzecz w tym, że podróżując stajemy się (nasze ubrania lub bagaż) nieświadomymi środkami transportu dla licznych gatunków roślin, zwierząt i grzybów (o bakteriach i wirusach nie wspominając), które przywozimy ze sobą w odwiedzane miejsca lub zabieramy do domu. Ci pasażerowie na gapę w miejscach swojego naturalnego występowania są zazwyczaj doskonale wpisani w siatkę przyrodniczo-ekologicznych powiązań i zależności, nie są ani zwycięzcami, ani przegranymi, są po prostu jednymi z wielu przedstawicieli rodzimej flory i fauny. Ale wiele takich gatunków, kiedy tylko dostanie się do nowego środowiska przyrodniczego nie znajduje w nim naturalnych wrogów, więc zaczyna się panoszyć, wypychać lokalne rośliny i zwierzęta. Czasem taki nowy gatunek staje się tzw. inwazyjnym gatunkiem obcym i przynosi wymierne straty przyrodnicze (np. zmniejsza się liczebność rodzimych gatunków), jak i gospodarcze (np. straty w uprawach rolnych i hodowlach).

Sam ostatnio doświadczyłem, jak łatwo i nieświadomie można stać się środkiem transportu i przywlec z wypadu wypoczynkowego taki niechciany gatunek. Rzecz cała zaczęła się od spaceru w pięknym parku leśnym w Venaria Reale opodal Turynu. Moją uwagę przykuły w pewnym momencie całkiem ładne chrząszcze. Niewielkie, tak na oko centymetr długości ciała, ale jakże mile dla oka ubarwione, z zielonkawą głową i przedpleczem, z miedziano-brązowymi pokrywami z metalicznym połyskiem oraz białymi kępkami włosków przy brzegach pokryw. Sfotografowałem zajęte sobą parki tych chrząszczy i uniesiony przyrodniczą dumą postanowiłem nie oznaczać ich „na szybko” za pomocą którejś ze smartfonowych aplikacji, tylko „po staremu”, już po powrocie do domu, szukając w entomologicznych bazach i kluczach do oznaczania. Kiedy po powrocie zidentyfikowałem przynależność gatunkową tego kolorystycznie przyjemnego chrząszcza, ze zdumieniem skonstatowałem, że napotkałem „jednego z najgorszych szkodników inwazyjnych Ameryki Północnej”, który na terenie Unii Europejskiej podlega bezwzględnemu zwalczaniu! Polska nazwa stworzonka brzmi dosyć niewinnie – popilia japońska – i jest kalką nazwy łacińskiej. Naturalnie ten chrząszcz występuje na Wyspach Japońskich oraz na Dalekim Wschodzie  Rosji, gdzie nie zwraca na siebie większej uwagi. Ale gatunek ten został zawleczony przed mniej więcej stu laty do Ameryki Północnej, gdzie stał się groźnym szkodnikiem roślin. W Europie do niedawana był znany tylko z Azorów, jednak w 2014 r. jego występowanie zostało stwierdzone w północnych Włoszech właśnie. Jest gatunkiem o szerokim menu – może zjadać liście i owoce ponad 300 gatunków liściastych roślin zielnych i drzewiastych, w tym oczywiście gatunków uprawianych. Koszty zwalczania tego „szkodnika” tylko w USA wynoszą 450 mln dolarów rocznie. Również w Unii budzi niepokój i ma status agrofaga kwarantannowego, czyli podlega obowiązkowi zwalczania.

Oprócz północnych Włoszech gatunek ten stwierdzono dotąd w Szwajcarii, a pojedyncze owady w Austrii, Holandii, Niemczech i Słowenii. Dorosłe osobniki potrafią przelecieć na odległość od 400 do 700 m w ciągu dnia, a w ciągu całego swojego życia przemieścić się na dystans do 8 km, zwykle nieco ponad 3 km. Niby niewiele, ale popilia przede wszystkim podróżuje np. z roślinami do sadzenia, a jej larwy z transportowaną ziemią. To również klasyczni pasażerowie na gapę, podróżujący przygodnie wewnątrz i na zewnątrz różnych pojazdów oraz z wszelkimi transportowanymi towarami. W lipcu 2025 r. jednego chrząszcza popilii płci żeńskiej złapano w Hiszpanii, gdzie przyjechał w walizce osoby podróżującej z Mediolanu, czyli z mojego punktu widzenia o rzut kamieniem od Turynu, gdzie sam miałem okazję osobiście spotkać się z popilią. Kiedy tylko poznałem z kim miałem do czynienia, to zabrałem się za wnikliwe przeglądanie ubrań, walizek i co tam jeszcze miałem podczas podróży do Turynu. Na szczęście popilię przywiozłem wyłącznie na zdjęciach, ale czy tylko ja podróżuję po północnych Włoszech? Warto więc trochę się dokształcić przyrodniczo również przed podróżą, nieprawdaż?

Tekst i zdjęcie: Aleksander Dorda

Zobacz również

Ostatnie artykuły

Przejdź do treści