
Wzornictwo podhalańskie to takie nasze dobro narodowe sprzedawane w wielu turystycznych miejscowościach bez względu na ich położenie. Na ustrońskim rynku spotkać można też motywy łowickie, w niektórych sklepikach kupimy również części garderoby ozdobione norweskimi gwiazdami. Wielu Ustroniaków denerwuje się, że nie ma u nas pamiątek związanych z miejscową tradycją i folklorem, szukają ich też turyści, którym nie jest wszystko jedno, co przywiozą spod Czantorii. Poniżej tekst mogący dać do myślenia rodzimym wytwórcom i kupcom oraz zainspirować do promocji rodzimej kultury. Autorem jest Grzegorz Przybyłka – historyk i filolog klasyczny, absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, współautor podcastu „Szyb Kultury” poświęconego historii i kulturze Śląska. Tekst ukazał się na jego profilu na Facebooku.
Monika Niemiec
– Zdaje pan sobie sprawę, że to chyba jedyne miejsce w całym Ustroniu wolne od ciupag i kierpców? Jak się z tym żyje? – zagaduję. Sprzedawca uśmiecha się nieco smutno. – Łatwo nie jest. Od samego początku zależało nam na tym, żeby oferować autentyczne produkty regionalne, a nie wszechobecną chińszczyznę. Wbrew pozorom jest tu jeszcze kilka takich miejsc, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Znajduję się w niewielkim sklepiku o szumnej nazwie „My stela. Ambasada Księstwa Cieszyńskiego”. Mieści się przy dość skromnym placu, który szumnie nazwano ustrońskim rynkiem. Jest tu dość pustawo, bo główny ruch turystów i kuracjuszy przetacza się kilkadziesiąt metrów stąd, deptakiem przy ulicy Grażyńskiego.
Wnętrze szczelnie wypełniają flagi cieszyńskich Piastów: złoty orzeł w koronie na błękitnym tle, podobny do orła górnośląskiego, choć zauważalnie inny. Można je nabyć w najróżniejszych formatach.
Na półkach w równym rzędzie stoją butelki rzemieślniczego piwa. Etykiety zdobią wizerunki kolejnych władców księstwa – od Piastów aż po cesarza Franza Josepha.
– Rozlewane w Olbrachcicach – zaznacza mój rozmówca. To wieś pod Karwiną, leżąca po czeskiej stronie Śląska Cieszyńskiego.
Obok chmielowych trunków piętrzą się pudełka ze słynnym miodowym ciastem – Marlenką. – Wypiekane według rodzinnej, ormiańskiej receptury. Produkcja jest we Frydku – dodaje sprzedawca. – Ale nie w Mistku – wtrącam, chcąc się pochwalić znajomością lokalnej geografii.
Frydek-Mistek to takie czeskie Bielsko-Biała. Historycznie jedna połowa miasta leży na Śląsku, druga na Morawach. Gdyby fabryka Marlenki stała na przeciwległym brzegu granicznej rzeki Ostrawicy, prawdopodobnie nie miałaby wstępu na półki „Ambasady”.
Moją uwagę przykuwają zbiory książkowe: potężny „Słownik gwarowy Śląska Cieszyńskiego” (tu ludzie nie oburzają się na nazywanie rodzimej mowy „gwarą”) i jeszcze bardziej opasłe „Dzieje Księstwa Cieszyńskiego” z nieodzownym orłem na okładce.
Dostrzegam również serię literatury dziecięcej „Kocia szajka”. Jako że moje córki są jeszcze za małe na tak obszerne lektury, dopytuję o regionalny kontekst tych bajek.
– Autorka pochodzi z Cieszyna, a sama akcja również toczy się w tym mieście – wyjaśnia gospodarz.
Kręcę się po sklepie dłuższą chwilę, wypytując o kolejne towary. W końcu wychodzę, dźwigając pod pachą monumentalne „Dzieje Księstwa Cieszyńskiego”. Zachodzę w głowę, kiedy znajdę czas, żeby to przeczytać. Być może nigdy, ale czułem wewnętrzną potrzebę, by właśnie w tym miejscu zostawić swoje pieniądze.
Wracam na ulicę zdominowaną przez stragany uginające się od towaru, które najwyraźniej źle zaadresowano przy shippingu z Guangzhou lub innego Shenzhen. Ewidentnie powinny trafić na zakopiańskie Krupówki, a nie na Beskid Śląski. Robię zdjęcie jednemu z suwenirów i – choć doskonale znam odpowiedź – pytam sztuczną inteligencję: „Czy przedstawiono tu górali śląskich?”.
Algorytm odpowiada bezlitośnie: „Nie. Pomimo napisu »Ustroń«, malunek przedstawia parę górali podhalańskich. Wskazują na to…”. Aplikacja podaje mi nawet źródło ilustracji – to popularna stockowa grafika, w której oryginale w tle majaczy Giewont.
Absurd uderza mnie również w naszym pensjonacie. Miejsce to dumnie reklamuje się jako rodzinny biznes, zbudowany na ziemi należącej od pokoleń do rodowitej ustrońskiej familii. Tymczasem dzień w dzień do śniadania przygrywa nam skoczna, „góralska” muzyka z puszki. To niezmiennie ten sam folk, taśmowo produkowany przez kapele z Podhala (a przepraszam, zdarzyli się też „górale” z Orzesza). Z każdym kolejnym dniem ta ścieżka dźwiękowa coraz bardziej świdruje mi mózg i nabieram ochoty na wyrwanie z głośnika kabla.
Zaczynam też fantazjować, że wzorem biblijnego Jezusa splotę bicz ze sznurków i zacznę wywracać te odpustowe stragany. Oczywiście niczego takiego nie robię. Muszę uszanować wyrok wolnego rynku: jest popyt, to jest i podaż. Skoro ludzie chcą mieć Zakopane blisko Katowic, to je dostają. Swoje żale wylewam więc jedynie na Bogu ducha winną Małżonkę.
Na cały ten podhalański bullshit jestem uwrażliwiony szczególnie mocno, odkąd kilka lat temu wziąłem udział w badaniach terenowych „Moc tradycji” pod kierownictwem prof. Piotra Wróblewskiego. Spędziliśmy kilka dni w Trójwsi Beskidzkiej (Istebna, Koniaków, Jaworzynka), przeprowadzając wywiady z mieszkańcami, którzy z autentyczną pasją pielęgnują lokalną kulturę.
Rozmawialiśmy ze wszystkimi: od nastolatków po sędziwych starców, z kierowniczką zespołu ludowego, kowalem, rzeźbiarzem itp. Dzięki temu mam niezgorsze, jak na Prusoka, rozeznanie, jak wyglądają ich stroje ludowe, jak brzmi ich tradycyjna muzyka, jaką mają kuchnię. To właśnie te spotkania zainspirowały mnie do tego, by do własnego ślubu pójść w tradycyjnym stroju pszczyńskim.
Co ciekawe, w samej „Ambasadzie” dla tej autentycznej śląskiej góralszczyzny raczej nie było miejsca. Tam kultywuje się bowiem inną – szerszą, a przez to nieco bardziej abstrakcyjną – ideę: pamięć o historycznej jedności Księstwa Cieszyńskiego, terytorium sztucznie przedzielonego granicą państwową sto lat temu.
U nas, na katowickim Nikiszowcu, jest lokal pod podobnie brzmiącym szyldem, co u niektórych budzi wesołość (bo jak to tak: ambasada Śląska na Śląsku?). Uświadomiłem sobie jednak, że w przypadku Ustronia nazwa jest absolutnie w punkt.
„Przeszłość to obcy kraj” – jak celnie ujął to pewien pisarz. Księstwo Cieszyńskie jest dziś głównie ideą, od stulecia nieobecną w politycznej, ba, nawet społecznej rzeczywistości. Żyje wyłącznie w głowach tych, którzy wciąż chcą pamiętać. Ten sklepik, próbujący przekuć ową ideę w turystyczny biznes, działając pośród zalewu pseudogóralszczyzny, rzeczywiście przypomina ambasadę. Jest to przedstawicielstwo cywilizowanego, środkowoeuropejskiego
księstwa na terytorium zajętym przez pogan i barbarzyńców.
Zbigniew Przybyłka

