5.7 C
Ustroń
wtorek, 21 kwietnia, 2026

Dzieciństwo i młodość Marii Marianek z Lipowca

Rodzina Gruszków w 1932 r. Od lewej: Aniela, Stefania, Augustyn na kolanach drugiej mamy Heleny, ojciec Antoni, Edward, Maria (bohaterka tej opowieści)

23 lutego br. 99. urodziny obchodziła Maria Marianek z domu Gruszka, utalentowana artystycznie mieszkanka Lipowca. Niedawno miałam ogromną przyjemność wysłuchać jej wspomnień z dzieciństwa i wczesnej młodości, których fragmentami dzielę się z Czytelnikami. Historia pani Marii, to historia dziewczynki ze Śląska Cieszyńskiego, urodzonej w okresie międzywojennej biedy i przemian społecznych. Starsi Czytelnicy odnajdą tu wiele analogii do swych rodzinnych opowieści, dla młodszych natomiast są to realia zupełnie dziś niewyobrażalne.

Pani Maria przyszła na świat w Harbutowicach pod nr 20. Jej ojciec – Antoni Gruszka pracował na tartaku Adolfa Glogovszka (dawniej Karola Boukala), znajdującym się w Hermanicach przy dzisiejszej ul. Skoczowskiej 86, natomiast matka – Helena z domu Kocur pochodziła z Górek. Murowany dom Gruszków, chociaż mocno przebudowany, istnieje do dziś i nadal pozostaje w rodzinie, a znajduje się obok restauracji Baldi w Harbutowicach. Przed laty mieścił kuchnię, dwa pokoje oraz małą izbeczkę, w której mieszkała stareczka Marianna Gruszkowa na wymowie. Był także chlew, do którego przechodziło się z sieni. Podczas II wojny w dach uderzył granat, a dziurę zatkano papą. Gdy pani Maria miała zaledwie pięć lat, Helena Gruszkowa zmarła na skutek choroby nerek. Osierociła pięcioro dzieci, najstarsza Aniela miała wówczas lat 8. W tamtym czasie nie było jeszcze karetek pogotowia, dlatego konającą Helenę przewieziono ze szpitala w Cieszynie do domu wozem konnym. Umierając uderzała dłońmi o łożnicę, wołając „Jezus Maria, moje dzieci!”. Był to widok rozdzierający serce. „Wreszcie sómsiadka powiedziała – weźcie ji ty dziecka, bo óna ni może umrzić. Zabrali nas do małej izbeczki do starki, coby nas już mama nie widziała. Na pogrzebie nie byłam, bo miałam koklusz. Chowało się wtedy z domu, a żeby dojść od nas na drogę, trzeba było przejść przez ławę na Młynówce. Woda wylywała, lód był i trzeba było daleko iść dookoła” – wspomina Maria Marianek. Jako najmłodsza z dziewczynek trafiła na pewien czas pod opiekę starki Kocurowej z Górek, mieszkającej z synem – palerym, czyli kierownikiem prac ciesielskich na budowie. Ujec nie miał jednak cierpliwości do dzieci. Po kilku miesiącach Antoni Gruszka ożenił się powtórnie z Heleną zd. Zielińską z Nierodzimia, swą pierwszą sympatią. Po ślubie, na powitanie, dzieci ustawiły się w rządku, a macocha każde z nich przytuliła. Druga mama, jak nazywała ją pani Maria, miała dla nich wiele ciepłych uczuć. Z ponownego małżeństwa ojca przyszła jeszcze na świat siostrzyczka Janina. Niedługo po śmierci matki nastąpiła w rodzinie kolejna tragedia, ponieważ najmłodszy braciszek –2,5 letni Augustyn, utopił się w Młynówce. Pani Maria dokładnie pamięta ten dzień. Nad kanałem znajdował się pień ściętego drzewa, a obok niego mrowisko, zaś dzieci bawiły się, przelewając wodę. Druga mama wyruszała właśnie do tartaku, aby zanieść tacie obiad, a wychodząc zawołała dzieci na posiłek – zwykle siadały wokół niewielkiej sztokerli (taboretu) i jadły z jednej miski. Rodzeństwo przystąpiło do obiadu, ale zaraz zorientowało się, że brakuje Augustyna. Przejęte trwogą dzieci rozpoczęły poszukiwania, a nietknięte jedzenie w panice wyrzuciły do Młynówki. Nadchodząca Helena już z daleka domyśliła się najgorszego. A niedługo później znajomy, powracający z pracy, zawiadomił Gruszków, iż przy młynie Bermana w centrum Skoczowa znaleziono ciało maleńkiego chłopczyka. Prąd poniósł go tak daleko, a mijane po drodze przeszkody okaleczyły główkę dziecka. Antoni Gruszka przyniósł ciało synka do domu na rękach, owinięte w prześcieradło… Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale przed laty w wodach Młynówki tonęło bardzo wiele osób, zarówno dzieci jak i dorosłych.

Przed domem Gruszków w Harbutowicach, 1940 r. Od lewej: wujek Brunon Chrapek z Nierodzimia z synami, ciocia Joanna Waleczkowa, brat Edward, 13-letnia Maria z siostrzyczką Janiną na rękach, druga mama Helena, ojciec Antoni, siostra Stefania, babcia Marianna Gruszka.

Gdy Marysia ukończyła 10 lat, poszła na pierwszą służbę do Ogrodzkich, mieszkających na Goruszce w Lipowcu. Zawiozła ją tam na rowerze Agnieszka Ogrodzka, czyli sąsiadka z Harbutowic. Dla dzisiejszego dziecka sytuacja taka byłaby traumą, jednak pani Maria wspomina ten czas dobrze. Płakała tylko raz – gdy drugiego dnia z góry zobaczyła komin cegielni w Nierodzimiu. Pomyślała wówczas, jak bardzo daleko jest od domu. W Lipowcu chodziła do szkoły, uczył ją Jan Szlaur. Latem pasła krowy, ale głównie bawiła małe dzieci gospodarzy, zamiatała, myła garnki. Najbardziej zachwyciło ją, gdy przyszła niedziela. „Wtedy Francek Ogrodzki, gazda, mówi – Dziywcze, oblykej sie, idymy do kościoła! Chycił mie za rynke i jak swoi dziecko kludził” – kontynuuje wspomnienia pani Maria. Pod Lipowskim Groniem dziewczynka spędziła rok. Później musiała wrócić, by pomóc rodzicom, którzy rozpoczęli budowę – wykopali fundament wokół starego domu i zaczęli dookoła stawiać nowe mury, jednocześnie rozbierając stary budynek od środka, co było wówczas powszechną praktyką. Na kolejną służbę, do Siedlaczków w Harbutowicach, chciała już pójść sama, gdyż odzienie miała znoszone, a w domu się nie przelewało. Później rozpoczęła się II wojna światowa, a wtedy nasza Marysia przestała chodzić do szkoły: „Mi tyn nimiecki nie chcioł do głowy wchodzić”. Najbardziej nie lubiła, gdy były zajęcia z piłką: „Zawsze se noge zadrziłach, coby mi sie krew loła i coby miałach ślad, że nie dóm rady. Taki miglanc był zy mie”. Podczas okupacji pani Maria nakazem pracy trafiła na gospodarstwo fusatego Śliwki w Harbutowicach, posiadającego również stolarnię. Jan Śliwka był oryginalnym człowiekiem z długą brodą, znanym ze względu na swe poszukiwania religijno-filozoficzne. Największą sławę przyniosła mu jednak cenna umiejętność naprawiania zwichniętych i złamanych kończyn ludzkich oraz leczenia chorób i powikłań bydlęcych, zwłaszcza podczas porodów. Były to trudne czasy, gdyż gospodarz miał „ciężką rękę” zarówno w stosunku do własnej rodziny jak i służby. Natomiast nadrzędnie traktował zwierzęta. Na początku pani Marysia pasła krowy sama, później dołączył do niej pasterz Julek Krysta z Ustronia. Jako 14-letni podlotek musiała czyścić konia i nauczyć się go szerować (zakładać uprząż). Początkowo bardzo się bała, gdy podczas czyszczenia koń zaczął kopać, ale wystarczyło, że gospodarz na niego zawołał i zwierzę stało się posłuszne. „I potym był moim przyjacielym tyn kóń. Bo wiela razy niewinnie Śliwka mnie zbił, to poszłach sie poskarżyć ku moimu kóniowi do masztale. Jak płakałam, to kóń forskoł i mi współczuł”.

Pewnego dnia przyszła do Śliwki matka z nastoletnią córką, której miał naprawić ramię. A on, na pokaz, zwracał się do wszystkich pieszczotliwie „aniołku, kurziczko, źrebiątko”. Wtedy kobieta stwierdziła – „Paniczki, wy się tu mocie dobrze!”. „A jo była tako otwarto i zaroz mówiym – Ja, dobrze… to ino przy obcych ludziach, a tak, to wy chrómski bestyje!” – opowiada pani Maria. – „A on jak to usłyszoł, to porwoł taki wielki nóż do wycinania kapusty. Jo była gibko wtynczas, mie cieszyło uciekać i trzy razy koło dómu uciekałach, a ón za mnóm z tym nożym. I jak to ta baba uwidziała, to zaroz uciykła z nienaprawionóm dziełchóm”.

Naprawiacz Jan Śliwka „Fusaty” (1879-1955)

Fusaty Śliwka miał swoje fanaberie. Nie pozwolił na przykład myć kartaczem podłogi, twierdząc, że od tego deliny się psują i gniją. Jego córce Paulinie (pm. Gluzowej) było wstyd, bo tylu ludzi się tam przewijało, a deliny furt zadeptane. Pewnego dnia naprawiacz wybierał się do chorego do Ustronia. Pani Maria oszerowała mu konia, wręczyła bicz i pojechał, ale czegoś zapomniał, więc konia zostawił na drodze i wrócił. A tymczasem Paulina poprosiła – „Maryśko, teraz starego ni ma, to umyj pryndko deliny. A ón kozoł mi zbiyrać skoli na lucerce. Jo werande już miała umytóm, dwiyrze były zawrzite do siyni, drzym tóm szczotkóm podłogę, a tu sie dwiyrze otwiyrajóm. Jak mie zaczył bić po głowie! Gluzowej potem był przykro, to mi kupiła fortuch, żeby kapke załagodzić sprawe”. Trzy córki Jana Śliwki odziedziczyły wiedzę i dar po ojcu. Anna leczyła w Wiśle Czarnem, Paulina na Polanie, a potem na ojcowiźnie, a Ewa w Bielsku. Metoda leczenia chorych polegała na zmiękczaniu ciała w okolicy złamania w ciepłej wodzie z zaparzonej słomy owsianej, nastawieniu kości, po czym usztywnieniu klepkami i zabandażowaniu. – „On się już urodził z taką zdolnością, nawet po szpitalnym leczeniu poprawiał. I bardzo dobrze naprawiał” – dodaje pani Maria. – „A jak się pani z nim rozstała?” – pytam. – „Poprzez Arbeitsamt. Śliwka miał najynte pole za rzeką Wisłą. Do południa z Paulką i Julkiem zwoziliśmy siano, ja zgrabowałam, Julek podawał siano na fure, potem w stodole ładowaliśmy je widłami na góre. Jak go nie było, był spokój, każdy mioł swojóm robote. Ale po obiedzie, jak my sie chycili roboty, Jurek wyloz na fure, a był w butach. Śliwka wrzeszczoł – Julek, sebuwej ty buty! Julek nie chciał, mówi – to sóm moi buty! A na to Śliwka – Co ty bydziesz deptoł w butach, a potym to bydzie kóń jod? Wyskoczył, chwycił go za noge, ściepoł z fury i zaczył kopać, a potem go chynył na gnój. A obok była buda z psem. Pies wyskoczył i pogryzł mu ramie”.

Po awanturze Marysia i Julek odpoczywali ukryci na miedzy. O 4 po południu trzeba było krowy wyganiać, ale zamiast Julka do obory przyszła Marysia. Najpierw należało gnój widłami odgrzebać, pozamiatać, a dopiero potem krowy z łańcuchów puszczać i prowadzić na pastwisko za Wisłą w Czarnym Lesie. – „Gdy wymiatałach, Śliwka prziszeł ku mie ku tymu żłobu i mówi – Ty, Malka, biłech jo tego chłapca? – No pewnie żeście go zbili, skopali i psu chynyli. Porwoł mi te mietłe i tym trzonkiym mie zaczył bić, aż miałach całe ramie sine. A jo mu te mietłe porwała z rynki i był gnojym po gymbie ochlapany. Bo sie mi zdało – za co mie bije, jak żech prowde powiedziała. Coch miała cyganić?”.

Po tym wydarzeniu Marysia i Julek opuścili gospodarstwo naprawiacza Śliwki. Paulina kilkakrotnie chodziła do domu Gruszków prosić, aby dziewczynka wróciła, ale otrzymała odpowiedź, że przebywa w Górkach u starki. Tymczasem młodzi buntownicy wyspali się na strychu na sianie, po czym o świcie wyruszyli do Skoczowa na Arbeitsamt. Zaczekali do 7 rano na otwarcie urzędu pracy, a urzędnik, który ich przyjął, nakazał: „Deutsch sprechen!”. Na to Marysia – „My nie umiemy Deutsch sprechen, bo gazda nas nie uczył. Za to psa uczył – Fauna aus der Bude heraus!” (pies wabił się Fauna). Wtedy urzędnik nagle przypomniał sobie, że rozumie również po polsku. Sine ramię Marysi zbadał lekarz, którzy orzekł, że jest już 2 lata u Śliwków i nie może tam wrócić. Natomiast Julek jeszcze pozostał, ale po kolejnym takim wydarzeniu miał odejść natychmiast.

Zdjęcie dzieci Presserów jest dla pani Marii cenną pamiątką. Od lewej: Elza, Michel, Richard.

Następnie Arbeitsamt skierował Marysię na służbę do niemieckiej rodziny Presserów, mieszkających w Kisielowie za kościołem. – „Prziszłach tam, gaździno Presserowa prawie była na polu, a gazda Presser w masztali. I woło na niego – Jacob, komm raus! Pokazuje mu papióry i mówi – Mary ist zu schwach! Kann nichts machen, nur essen, schlafen und scheißen (Marysia jest zbyt słaba. Nie może nic robić, tylko jeść, spać i …). To pomyślałam, że wpadłam z deszczu pod rynnę. Ale tu pomyliłam się bardzo. Gazda Presser przywiózł mnie kolasą do domu po rzeczy i tylko się rozglądałam, czy wszyscy mnie widzą. On umiał trochę po polsku, gaździno nic, a mieli troje dzieci: Elzę, Richarda i Michela. Wszyscy my sie zgodzali. Do dziś ich dobrze wspominóm, jak kaj kiery przezywo teraz na Niymców, to mówiym, że nie narodowość, tylko ludzie sie liczóm”. Jedzenia u Presserów było pod dostatkiem i wszyscy spożywali posiłki przy wspólnym stole, natomiast u Śliwków służba jadała na schodach na góre, w chlewie, w siyni, albo na stołeczku w kącie przy piecu. „I przez to ja do teraz tak mam, że jak przyjdzie mi iść na jakąś uroczystość, to najgorszą jest dla mnie karą jedzenie przy stole i jeszcze widełkóm” – kontynuuje opowieść pani Maria – „Jacob Presser zawsze rano radia posłuchoł i do płaczu mu szło, że tam, kaj mioł wielki gospodarstwo, je wszystko zniszczóne przez bómbardowania i ni ma po co tam wracać” – dodaje nasza bohaterka. U niemieckich gospodarzy nabrała sił. Gdy Richarda zabrali do wojska, nie miał kto zabierać mleka z całej wsi na wóz i dostarczać do mleczarni do Ogrodzonej. Był wprawdzie pachołek, niewolnik z Serbii, ale nie umiał ani po niemiecku ani po polsku. Obowiązek ten spadł więc na Marysię. Pod koniec wojny 3 bomby spadły na drogę do Cieszyna, a konie nie chciały po zasypanych lejach przejechać. Nasza bohaterka zdjęła więc banioki z wozu, a każdy miał po 20-30 l, po czym sama przeniosła je na drugą stronę. Następnie przeprowadziła konie i z powrotem załadowała wóz, co było niemiłosiernie ciężkim zadaniem. Nie było jednak powodów do narzekań. Codzienna praca u Presserów zawsze kończyła się o 19, natomiast u Śliwków harowało się do nocy. Niemcy mieli 5-6 krów i pani Marysia chodziła je paść „aż ku Goleszowu, jako je Chełm, tak daleko pole mieli. Ale zawsze dostawałach na swaczyne wyndzónej szpyrki i chleba. A u Śliwków dowali nam suchy chlyb i herbate”. Tylko czasem Anna Śliwkowa posmarowała służbie chleb smalcem, w tajemnicy przed mężem. Pani Maria nigdy nie dowiedziała się, jak potoczyły się dalsze losy rodziny Presserów. Pozostał jej po nich kołowrotek, którego używa przez cały życie.

Po wojnie, wzorem starszych sióstr, 18-letnia już Marysia poszła na służbę do Cieszyna. Najpierw opiekowała się sparaliżowanym mężem kobiety nazwiskiem Simon, później trafiła do Zwinczaków, szporobliwego bezdzietnego małżeństwa, prowadzącego sklep przy rynku, nieopodal kina. Sklep był swego rodzaju oknem na świat – tam poznała przyszłego męża Jarosława Marianka z Lipowca, który jeździł do pracy w kopalni w Karwinie. Pewnego dnia pani Zwinczakowa postanowiła zmienić rolety w oknach, ponieważ po wojnie zostały jeszcze rolety zaciemniające (Verdunklung). Gdy pani poszła do pracy w sklepie, a pan do fabryki, Marysia zdjęła roletę, z której wypadł zwitek pieniędzy. Znalezisko pokazała właścicielom domu, państwu Czechom, którzy stwierdzili, iż są to dolary. Milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy. – „I tak zostałam milionerką. Państwo Czechowie przekonywali mnie, że mam tych pieniędzy tak łatwo nie oddać” – uśmiecha się pani Maria. Gdy Zwinczakowa wróciła do domu, zapytała ją, co zrobić z roletą. – „A niech Marysia spali! – A nie będzie to szkoda palić? – A czy Marysia zwariowała?”.

Później wrócił z roboty pan, wszedł i zaraz pyta, gdzie roleta. „Nie poprosił o wyjaśnienia, tylko wpadł w złość. Pewnego dnia, gdy był sam w domu, zagadnęłam – Proszę pana, a nie zgubiło się coś panu? – Tak Marysiu! – I zaraz łzy mu w oczach stały – A co to było? – Marysia dobrze wie! – Ale przecież pani mi to kazała spalić….”. Dolary były ukryte w blaszanej puszcze w piwnicy pod węglem, a przez chwilę, dla bezpieczeństwa, znajdowały się nawet w Lipowcu. Wkrótce zbliżał się nowy rok i kłopotliwa zguba z ulgą została zwrócona właścicielom. W nagrodę pani Maria otrzymała piękny materiał na suknię ślubną, a w 1948 r. wyszła za Jarosława Marianka, z którym rozpoczęła szczęśliwe życie małżeńskie w Lipowcu.

Alicja Michałek,
Muzeum Ustrońskie

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz również

Ostatnie artykuły

Przejdź do treści